niedziela, 30 grudnia 2012

Rozdział 2

- Przepraszam - naciągnęłam rękaw swetra na dłoń.  

- Ależ na prawde nic się nie stało drogie dziecko. On sam o tym zdecydował. Uciekł zostawiając staruszka samego - facet uronił łezkę, po czym uśmiechnął się jakby sam do siebie.  

- Tak mi przykro - nie wiedziałam jak mam się zachować, co zrobić. Od zawsze byłam wychowanką ulicy, typem pustelnika. Wiedziałam co ten facet czuje. Samotność - cecha która nas połączyła.  

- Pójdę już - stwierdził nagle zostawiając jakiś świstek papieru i ramke ze zdjęciem na stole. - To mój adres. Jak będę mógł ci w czymś pomóc, to przyjdź. Do widzenia dziecko - podszedł do przedsionku ubierając kaszkietówke i buty. Opuścił swój dom, a raczej mój dom.  

- Do widzenia panie Smith - powiedziałam zakłopotanym tonem. Stanęłam na ganku wdychając świeże powietrze. Spoglądałam na pana John'a, który zniknął gdzieś za laskiem.
     Poczułam się wolna, szczęśliwa, niezależna. Może los się odmienił? Może już będzie tylko lepiej? Moje nadzieje, znikną niebawem jak mgła. Nikt nie wie kiedy i jak, a jej już nie ma.
     Dopiero głód wyrwał mnie z transu. Weszłam, więc szybko do domu. 

- Jak zwykle masz rację - powiedziałam sama do siebie, wchodząc do kuchni. Z moich wcześniejszych wniosków, prawdą okazało się, że kuchnia leży obok salonu. Wyciągnęłam z niewielkiej, jednakże pojemnej lodówki jakiś jogurt.  

- Dobrze kochanie, truskawkowy - nadal mówiłam sama do siebie. Człowiek sam jest inny niż w towarzystwie. Czasem chce mu się otworzyć buzie, ale nie mając dla kogo, po prostu gada do siebie.
     Mając już łyżke i posiłek w ręce, zmierzyłam w strone salonu. Usiadłam na niewielkiej kanapie i nadal rozglądałam się po całym pokoju. Nie mogłam uwierzyć, że od dziś ma być inaczej.
     Z rozmyślań wyrwało mnie dziwne, przyjemne uczucie w brzuchu. Tak, znów popatrzyłam w szmaragdowy ocean. Ten uśmiech, te loki, te oczy.. To wszystko zachęcało mnie do życia. Działało na mnie w wyjątkowy sposób. Tego uczucia nie da się opisać. Chwyciłam zdjęcie w dłoń jednocześnie wstając. Podeszłam do dębowej komody kładąc na niej przedmiot i usłyszałam głuche stuknięcie. Poczułam, że może być tam jakaś tajemnica. Znów odezwał się we mnie głos złodziejki. Ciekawość to pierwszy stopień do piekła, ale to właśnie ona jest moją charakterystyczną cechą.
     Delikatnie odsunęłam pierwszą szuflade. Na pierwszy rzut oka, normalny nic nie wyróżniający się przedmiot. Pomysł jest fantastyczny, jednak nie da się zwieść "specjalisty". Wnętrzem ręki otarłam rame mebla.

- No nareszcie! - krzyknęłam zadowolona, znajdując niewielką dziurkę w półce. Włożyłam do niej wskazujący palec i przesunęłam drewno do tył. Nagle przed moimi oczami pojawił się średniej wielkości, ale gruby zeszyt, obity czarną skórą. To znalezisko obejmowała spora warstwa kurzu. Niepewnie ujęłam go w dłonie, otwierając na pierwszej stronie.

" 4 październik 2010 r.
Drogi pamiętniku!
Tak, można powiedzieć, że mnie nie znasz. Ale znasz doskonale. Po prostu kolejny brulion musiałem zacząć, bo w poprzednich nawet nie ma miejsca na jedno słowo. A więc skoro, już wiesz, że to ja - Harry - to możesz od nowa w cierpliwości słuchać co mam ci do powiedzenia. I nie, mylisz się. Tym razem to nie będzie dotyczyć moim miłosnych upadków. Po sprawie z Kathrin mam dość kobiet. A więc o czym to ja.. No tak! Jadę do małej wioski by odpocząć. Szum wielkich miast już zabardzo odbija się w moim umyśle. Muszę wyluzować, zacząć nowy rozdział. Tu i teraz. Czekam właśnie na pociąg, który zabierze mnie do dziadka. Tam ma być mi lepiej - przynajmniej tak sądze. Chcę by było mi lepiej. Po prostu wracam na stare śmieci. A ty, jak zawsze będziesz mi towarzyszył w mojej wyprawie. O muszę kończyć! Pociąg właśnie jest już na peronie. Całuję, Harry"

- Czyli ma na imię Harry - uśmiechnęłam się po czym przewróciłam dalej. 

" 4 październik 2010 r.
Drogi pamiętniku!
To znowu ja. Jestem już na miejscu. Jazda zajęła mi jakieś 3 godziny. Tak, od teraz jestem 3 godziny od bliskiemu memu sercu Londynu. Przez całą podróż marzyłem o lepszym jutro. Tak bardzo chciałbym poczuć, że komuś na mnie zależy. Ktoś mnie pokocha, tak szczerze, nie z przymusu i nie na chwile. Raz,  a mocno. Ale co tu dużo mówić? Może jeszcze po prostu nie czas na mnie? Mniejsza z tym. Czas by pogodzić się z prawdą. Nawet dziadek ma mnie daleko. Tak, znów nie przyjechał, znów zapomniał, czasem zastanawiam się, czy ktoś o mnie pamięta. Miałem być na szczycie, ale najwidoczniej moje miejsce jest na dnie. Teraz wybacz, muszę wstać z wygodnej ławki na stacji i zmierzyć w strone domku mojego dziadka, który mnie nienawidzi. Całuję, Harry"

~.~
Podoba się Wam? Może macie zastrzeżenia co do mojego stylu pisania lub czegoś innego? Jak tak to powiedzcie mi, a postaram się to poprawić : 3

NO TO SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU C ; .

poniedziałek, 24 grudnia 2012

Rozdział 1

     Usłyszałam mocne skrzypnięcie kół  walizki, które zagłuszyło całą przestrzeń. Jednak nie straciłam orientacji, wręcz wytęrzyłam wzrok chcąc dostrzeć każdy, nawet najmniejszy ruch swojego towarzysza.
- Rozgość się - usłyszałam miły głos staruszka. - Będziesz teraz tutaj właścicielką, więc musisz przyzwyczaić się do otoczenia. Ja w tym czasie zrobie nam herbate - rzekł lekko pokaszlując. W zachrypniętym głosie dostrzegłam nutke zatroskania, ale i szczerości. Po chwili zniknął w drzwiach prowadzących, według moim domysłom,  do kuchni.
     Mój wzrok błądził po całym pomieszczeniu. Mały, przytulny salonik pachniał nowoczesnością, jak i starością. Dwie, idealnie połączone ze sobą cechy, współgrały ze sobą w sposób doskonały. Drewniane, okurzone skrzynie leżały w sporej ilości na posadce. Duże okna i piękne z nutką nowoczesności firanki nadawały temu pomieszczeniu przyjemny nastrój. Tuż obok znajdował się kominek, w którym iskry ognia tańczyły powolny taniec. Trzeba też wspomnieć, że był wykonany z drogiego kamienia. Dobrze zrobiony i wspaniale wykończony. Ostatnią rzeczą jaka przyciągnęła moją uwagę to komoda wykonana z dąbu. Grube i silne drzewo mogło wytrzymać nawet kilkadziesiąt lat, i nadal wyglądać świeżo. Autor tego mebla postarał się nie tylko o jakość, ale również o estetyke pracy. Nie spodziewałam się, że w tym pozornie skromnym domku są tak wartościowe rzeczy.
     Ostatni raz spojrzałam na komodę w celu zapamiętania każdej, nawet najmniejszej rysy, gdy moją uwagę przyciągnął inny przedmiot. Na samej górze leżała ramka z jakimś zdjęciem. Mimo że to już praktycznie mój dom, nie chciałam być zbyt do przodu.
     Naciągnęłam rękaw na dłoń i wpatrywałam się w tamto miejsce. Nie mogąc nic szczególnego dostrzec, ciekawość zwyciężyła. Cicho podeszłam do mebla i ujęłam ramke w ręce. Fotografia przedstawiała młodego chłopaka o bujnych lokach. Malinowe wargi tkwiły w uroczym uśmiechu, a niedaleko kącików ust były zauważalne dołeczki. Jednak z całego jego wyglądu, największym atutem były szmaragdowe oczy. Hipnotyzowały i dodawały pewnego rodzaju otychy.
- Widzę Kelly, że przypadł ci do gustu - usłyszałam za sobą zachrypnięty głos staruszka.
- Ja, ja przepraszam - zerwałam się mocniej naciągając swetr na dłonie. Szybko odłożyłam przedmiot zauroczenia i wróciłam na kanape.
- Nic nie szkodzi panno Janson - poprawił swoją siwą czuprynę. Położył dzbanek z herbatą i filiżanki na stole, po czym podszeł do komody.
- Ja na prawdę przepraszam panie... - zawahałam się.
- Jestem John, John Smith panno Janson i na prawdę nic nie szkodzi. To mój wnuczek - uśmiechnął się przenikliwie. - On zaginął - z jego niebiesko-szarych oczu popłynęły łzy, a moje serce poczuło ogromne ukłucie.

~.~

No to jest rozdział 1 : ) .
Zajęło mi trochę pisanie go, ponieważ gdy po raz pierwszy napisałam to usunęło mi się i od nowa trzeba było. Mam nadzieję, że warto było tyle czekać.
Jest już lekki zwiastun głównego wątku, więc mam nadzieję, że nikogo nie rozczarowałam C; .
WESOŁYCH ŚWIĄT MIŚKI ;* .

PRZECZTAŁAŚ/ŁEŚ? PROSZĘ SKOMENTUJ I DAJ MI TAKI DROBNY PREZENT NA GWIAZDKE : )

wtorek, 11 grudnia 2012

Prolog

     Spojrzałam przed siebie. Kilka domów, nic szczególnego, a jednak. Jednak dla mnie szansa na lepsze życie, nowe życie. Takie jakiego nigdy nie miałam, nikt mi nie dał ani nie pozwolił mieć. Tutaj wszystko jest inne. Cisza, spokój.. Tego potrzebuję, a to jest idealne miejsce do refleksji. Wychowana na ulicy, niemająca nic ani nikogo dziewczyna, powinna być twarda, niewzruszona. A jednak jest taka chwila jak ta, w której wszystkie emocje biorą góre i nie pozwalają na nic innego jak łzy szczęścia.
     Moje płuca domagały się powietrza, więc zachłannie wciągnęłam tlen. Pachniał on inaczej, tak przyjemnie. Życie tutaj nie miało być ciężkie jak w dzieciństwie, miało być lekkie jak skrzydła motyla i narazie wszystko na to wskazuje.
     Nerwowo podciągnęłam rękaw swetra na dłoń. Zawsze tak robiłam gdy czegoś się obawiałam. Zacisnęłam palce i niepewnie ruszyłam. Koła małej walizki skrzypiały niemiłosiernie jadąc po chodniku. Czasami zamykałam oczy w nadziei, że ten hałas ucichnie, ale to tylko marzenie. Wydawało mi się nawet, że walizka mocniej ociera się o podłoże, robiąc mi na złość.
     Mijałam małe osiedle, na którym od dziś miałam mieszkać. Kilka domów nie robiło na pierwszy rzut oka za dobrego wrażenia, ale lasek jaki je otaczał to inna bajka. Ta kraina wydawała się jak zaczarowana.
     Moje duże oczy błądziły po okolicy. Fragmury starszych jednakże urokliwych domów dodawały tajemniczości.
     Moje tęczówki zatrzymały się na jednym budynku. Niewielki, spróchniały domek wyróżniał się najbardziej. Mój wzrok spoczął w tamtym kierunku. Cały tak jakby to ująć "swojski". Nie przesadny, a mający swój urok. Całość skromna i zadbana.
     Zmierzbiłam swoje poplątane włosy. Po chwili wiatr znów sprawił, że powróciły w naturalny nieład. Westchnęłam głęboko na tą fryzure jak i z nadmiaru wrażeń, które krążyły we mnie. Oślepiające słońce sprawiło, że natychmiast przymróżyłam oczy. Cholera pomyślałam unosząc dłoń ku górze. Dzięki tej czynności niemal natychmiast odzyskałam dawne pole widzenia. Właśnie dochodziłam do bramy, więc będąc już przed nią przystanęłam. Walizka znalazła się obok moich nóg, a ja wyciągnęłam z kieszeni dżinsów malutkie zawiniątko. Kilka cyfer i jakieś litery nabazgrane niestarannym pismem zawędrowały przed moje oblicze. Przeczytałam półszeptem i spojrzałam przed siebie. Te same litery widniały zarówno na kartce jak i na budynku. Stałam jak osłupiała. Wiedziałam, że to początek czegoś innego niż dotychczas. Ale byłam pewna, że lepszego jutra. Bo co może pójść nie tak?
     Bałam się, że sobie nie poradzę. Tylko dlatego marzłam na chodniku przed moim nowym domem. Trema zjadła mnie całą. Czułam, że właśnie niszcze sztuke swojego autorstwa, a mimo to nie mogę nic na to poradzić. Reżyser i aktor w tym samym czasie, to nie najlepsze wyjście, lecz w życiu każdy ma takie role. Sami odpowiadamy za jutro, za siebie. Niektórzy mają do pomocy bliskich, ale moim dotychczasowym przyjacielem był smród ulic miasta. Przykre, prawda? Jednak prawdziwe. Nagle drzwi budynku uchyliły się, a zza nich wyjrzała siwa czupryna.

- Zgubiła się panienka? - spytał ciepłym głosem staruszek.

- Nie proszę pana. Jestem Kelly, Kelly Janson i mam tu mieszkać - poczułam jak pocą mi się ręce. Zawsze tak mam jak mocno się denerwuje.

- A Kelly! -  krzyknął facet entuzjastycznie.- Nie stój tak na mrozie! W końcu to praktycznie już twój domu - otworzył szerzej drzwi na znak zachęty. Szarpnęłam bramke i po chwili znalazłam się na ścieżce prowadzącej do budynku.

~.~

No i jest prolog. Postaram się dodawać w miare regularnie kolejne rozdziały. Jeśli przeczytacie to bardzo proszę o szczere komentarze :) .