- Przepraszam - naciągnęłam rękaw swetra na dłoń.
- Ależ na prawde nic się nie stało drogie dziecko. On sam o tym zdecydował. Uciekł zostawiając staruszka samego - facet uronił łezkę, po czym uśmiechnął się jakby sam do siebie.
- Tak mi przykro - nie wiedziałam jak mam się zachować, co zrobić. Od zawsze byłam wychowanką ulicy, typem pustelnika. Wiedziałam co ten facet czuje. Samotność - cecha która nas połączyła.
- Pójdę już - stwierdził nagle zostawiając jakiś świstek papieru i ramke ze zdjęciem na stole. - To mój adres. Jak będę mógł ci w czymś pomóc, to przyjdź. Do widzenia dziecko - podszedł do przedsionku ubierając kaszkietówke i buty. Opuścił swój dom, a raczej mój dom.
- Do widzenia panie Smith - powiedziałam zakłopotanym tonem. Stanęłam na ganku wdychając świeże powietrze. Spoglądałam na pana John'a, który zniknął gdzieś za laskiem.
Poczułam się wolna, szczęśliwa, niezależna. Może los się odmienił? Może już będzie tylko lepiej? Moje nadzieje, znikną niebawem jak mgła. Nikt nie wie kiedy i jak, a jej już nie ma.
Dopiero głód wyrwał mnie z transu. Weszłam, więc szybko do domu.
- Jak zwykle masz rację - powiedziałam sama do siebie, wchodząc do kuchni. Z moich wcześniejszych wniosków, prawdą okazało się, że kuchnia leży obok salonu. Wyciągnęłam z niewielkiej, jednakże pojemnej lodówki jakiś jogurt.
- Dobrze kochanie, truskawkowy - nadal mówiłam sama do siebie. Człowiek sam jest inny niż w towarzystwie. Czasem chce mu się otworzyć buzie, ale nie mając dla kogo, po prostu gada do siebie.
Mając już łyżke i posiłek w ręce, zmierzyłam w strone salonu. Usiadłam na niewielkiej kanapie i nadal rozglądałam się po całym pokoju. Nie mogłam uwierzyć, że od dziś ma być inaczej.
Z rozmyślań wyrwało mnie dziwne, przyjemne uczucie w brzuchu. Tak, znów popatrzyłam w szmaragdowy ocean. Ten uśmiech, te loki, te oczy.. To wszystko zachęcało mnie do życia. Działało na mnie w wyjątkowy sposób. Tego uczucia nie da się opisać. Chwyciłam zdjęcie w dłoń jednocześnie wstając. Podeszłam do dębowej komody kładąc na niej przedmiot i usłyszałam głuche stuknięcie. Poczułam, że może być tam jakaś tajemnica. Znów odezwał się we mnie głos złodziejki. Ciekawość to pierwszy stopień do piekła, ale to właśnie ona jest moją charakterystyczną cechą.
Delikatnie odsunęłam pierwszą szuflade. Na pierwszy rzut oka, normalny nic nie wyróżniający się przedmiot. Pomysł jest fantastyczny, jednak nie da się zwieść "specjalisty". Wnętrzem ręki otarłam rame mebla.
- No nareszcie! - krzyknęłam zadowolona, znajdując niewielką dziurkę w półce. Włożyłam do niej wskazujący palec i przesunęłam drewno do tył. Nagle przed moimi oczami pojawił się średniej wielkości, ale gruby zeszyt, obity czarną skórą. To znalezisko obejmowała spora warstwa kurzu. Niepewnie ujęłam go w dłonie, otwierając na pierwszej stronie.
" 4 październik 2010 r.
Drogi pamiętniku!
Tak, można powiedzieć, że mnie nie znasz. Ale znasz doskonale. Po prostu kolejny brulion musiałem zacząć, bo w poprzednich nawet nie ma miejsca na jedno słowo. A więc skoro, już wiesz, że to ja - Harry - to możesz od nowa w cierpliwości słuchać co mam ci do powiedzenia. I nie, mylisz się. Tym razem to nie będzie dotyczyć moim miłosnych upadków. Po sprawie z Kathrin mam dość kobiet. A więc o czym to ja.. No tak! Jadę do małej wioski by odpocząć. Szum wielkich miast już zabardzo odbija się w moim umyśle. Muszę wyluzować, zacząć nowy rozdział. Tu i teraz. Czekam właśnie na pociąg, który zabierze mnie do dziadka. Tam ma być mi lepiej - przynajmniej tak sądze. Chcę by było mi lepiej. Po prostu wracam na stare śmieci. A ty, jak zawsze będziesz mi towarzyszył w mojej wyprawie. O muszę kończyć! Pociąg właśnie jest już na peronie. Całuję, Harry"
- Czyli ma na imię Harry - uśmiechnęłam się po czym przewróciłam dalej.
" 4 październik 2010 r.
Drogi pamiętniku!
To znowu ja. Jestem już na miejscu. Jazda zajęła mi jakieś 3 godziny. Tak, od teraz jestem 3 godziny od bliskiemu memu sercu Londynu. Przez całą podróż marzyłem o lepszym jutro. Tak bardzo chciałbym poczuć, że komuś na mnie zależy. Ktoś mnie pokocha, tak szczerze, nie z przymusu i nie na chwile. Raz, a mocno. Ale co tu dużo mówić? Może jeszcze po prostu nie czas na mnie? Mniejsza z tym. Czas by pogodzić się z prawdą. Nawet dziadek ma mnie daleko. Tak, znów nie przyjechał, znów zapomniał, czasem zastanawiam się, czy ktoś o mnie pamięta. Miałem być na szczycie, ale najwidoczniej moje miejsce jest na dnie. Teraz wybacz, muszę wstać z wygodnej ławki na stacji i zmierzyć w strone domku mojego dziadka, który mnie nienawidzi. Całuję, Harry"
~.~
Podoba się Wam? Może macie zastrzeżenia co do mojego stylu pisania lub czegoś innego? Jak tak to powiedzcie mi, a postaram się to poprawić : 3
NO TO SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU C ; .